piątek, 14 października 2011

RIBAZON NA RZECE CAURA

RIBAZON NA RZECE CAURA
Wiele razy zastanawialem sie skad wzielo sie to slowo RIBAZON. Po hiszpansku ryba to pez, wiec logicznie migracja ryb powinna nazywać się pezcazon. Riba to czysto słowiańskie slowo, czyżby jakiś nasz buszowal tu wcześniej? Jak na razie pozostanie to zagadka lingwistów.

Skończył się sezon wędkarski, przyszedł czas na moje wojaże. Głowa wolna od problemów, biorę wędki, wsiadam do terenówki i w drogę.Terenówka to Chevrolet Gran Blazer 4x4, silnik 5,7 litra 8 cylindrow, pali jak lokomotywa, ale u nas można sobie na to pozwolić, paliwo tanie jak barszcz. Nasz cel to rzeka Caura, jakies 200 km od miasta Bolivara. Skończyl się okres ochronny i można łowić. Jedziemy we trzech, ja i moi przyjaciele: wegier Zsolt I francuz Gerard. Ktoś musi nosić rzeczy, ja dyrektor ekspedycji, a chłopaki zdrowe, kondycja fizyczna bez zarzutu, na nich wypadło. Żałować też nie będą, w końcu wiem gdzie ich przywiozłem. Przyroda cudowna, dziewicza, a rybalka słów nietu….

Po dwóch i pół godzinie dojeżdzamy do Maripy, wioski z której popłyniemy łodzią w górę rzeki Caura, a pozniej w Nichiare. Łódka o dziwo ….. stoi na brzegu rzeki …cud!!!.
Indianie przekrzykuja się nawzajem, hola hola, która jest nasza łódka pytam ? Ta po lewej stronie , odpowiada nasz indiański przewodnik Miguel. Też ciekawa postać, indianin z etni yekwana. Ma urodziwą córke Elise, kiedyś poprosiłem ojej rekę….. na co otrzymałem odpowiedź…. a umiesz zrobić konuko ? Konuko to kawałek wykarczowanego lasu, w którym sadzą manioc i platano /banany ziemniaczane/. Nie umiem, odpowiedzialem, ale mogę to zorganizować, zapłacę twoim pobratymcom i oni to zrobią…. A jak nie bedziesz miał kasy ? Zapytał… I tu mnie zagiął… hmmm ,ale zawsze mogę jakąś rybkę złowić…. A w tym nie jestem najgorszy. Niestety rybalka przegrała z konukiem i dalej jestem singiel.

Wsiadamy w łódkę i płyniemy w górę rzeki. Jest już późno ok. 3 pm , daleko nie zajedziemy, następny przystanek w obozowisku naszego kolegi Luisa. Obozowisko nazywa sie Campamento Coquisa, od nazwy bardzo często wystepującej tu rosliny podobnej do agawy Coquisa. Warunki spartańskie, ale jest kibelek, churuata do powieszenia hamakow, druga churuata pelniaca funkcje
kuchni, jadalni i salonu towarzyskiego. Myć niestety musimy się w rzece, ale woda super, ciepła…. Jest ok.
Zrobiło się późno, o wędkowaniu na razie nie ma mowy, czas coś wrzucić na ruszta. Miguel …, przygotuj ognisko zrobimy coś na kolacje. Nie trzeba było długo mówić, sam fakt, że chodzi o jedzonko podziałał jak rażenie piorunem. Nasz jak dotąd ospaly indianin Miguel jak tylko uslyszal o jedzeniu, dostal dopalaczy,poderwarl sie w oka mgnieniu i zaczal rozpalać ogien. Oj BEDZIE UCZTA ¡!!! I to jeszcze jaka ¡!! Makoron, puszka tunczyka I troche przypraw…. / tak jemy my, jak są turyści menu jest inne, bogatsze.

Brzuchy pełne, uśmiechy na twarzach, przyszedł czas by główke rozweselic dawka kubalibry. Po niej hamak wydaje sie jak wodne łóżko a i sny bardziej kolorowe. No panowie, późno sie zrobilo , czas spac. Jutro nowy dzien, nowe wyzwania i kawalek rzeki do przepłyniecia.
Rano obudzil mnie
zapach kawy. Wywrotka z hamaka i juz melduje sie z kubkiem u mojej niedoszłej żony Pokahonty. Buenos dias Elisa, ładnie wyglądasz…. Dziewczyna obdarzyla mnie rozkosznym uśmiechem . Jak one lubią komplementy… wzięła kubeczek i napełniła czarnym płynem.

Kawka z rana smakuje wybornie i parę dymków też nie zaszkodzi. Miguel , łódka gotowa ? pytam. Tak, za pół godziny ruszamy. Trzeba sie pospieszyć z kawka , ale zaraz, spokojnie, przeciez to południowa Ameryka, trankilo a poza tym pośpiech swiadczy o niskim pochodzeniu… Palę spokojnie dopijając kawke. Przychodzi Gerard, Buenos dias vlad, Buenos dias odpowiadam i dodaje, jaki Pan uprzejmy… Gerard tradycyjnym zwyczajem wyciąga flaszke z…. miodem , kawalek chlebka z manioku, miód i kawa to jego sniadanie. Francuz bez butelki z miodem nie wychodzi z domu.

Zbieramy majdan i do łódki. Dzisiaj musimy dopłynąć do ujscia rzeki Tabaro. Powyżej tego miejsca zaczyna sie królestwo Bocony. Wspaniała sportowa ryba. Jedna rzecz tylko nie daje mi spokoju. Wczoraj obserwując rzekę widziałem przy brzegu cale stada migrujacych ryb, niestety wszystkie male. Cały brzeg srebrzyl sie od drobnicy, ale wiekszych ani śladu, może wybralismy sie troche za wczesnie? Za kilka dni bedziemy mieli odpowiedz. Płyniemy dalej w górę rzeki Caura, by następnie wpłynąć w jej dopływ rzeke Nichiare. Po prawie pieciu godzinach podrozy mamy juz odciski na pośladkach od aluminiowej ławki. Na dzisiej starczy, rozbijamy obóz. Miguel nie leń sie mowie, ty jesteś główny inżynier odpowiedzialny za konstrukcje. Bardzo mu sie spodobało, że nazwalem go inzynierem i z większym zapałem wzial sie do cięcia pali. Po godzinie konstrukcja gotowa, jeszcze tylko położyć foliowy dach i rozwieszamy hamaki. Niestety Elise zostawilismy w indianskiej wiosce i na obiad puszki. I co ¿ tunczyk..hahahaa

Półgodzinna sjesta i na rybki. Dwie godziny biczowania wody i…..zero, zima. Moje obawy staja sie coraz bardziej prawdziwe, ryba chyba jeszcze nie weszła na lowisko. Za to komary jak na zamówienie, całe eskadry atakują bez litości. Nikt nie mówił, że bedzie lekko…ale tez ze bedziemy torturowani. Przeszla mi ochota na wedkowanie, wbijam sie w hamak, zawiazuje szczelnie moskitiere, teraz wygladam jak kokon. No nie, malutkie puri puri przechodza przez dziurki moskitiery i do ataku ! Już za późno by zmieniać obozowisko. Z boku słyszę wegierskie przeklenstwa Zsolta. Jedynie Miguel i Gerard znosza tortury ze stoickim spokojem. Jeden zamiast zabawek miał robaczki, a drugi hodowca pszczół uodporniony, cóż to jest ukaszenie komara w porównaniu z pszczołą afrykańską. Ta noc na długo pozostanie w mojej pamieci.

Rano budze się z lekką gorączką. Niestety zew rzeki jest silniejszy, plyniemy dalej zatrzymując sie co jakis czas na wykonanie paru rzutow . Woda jak zaczarowana, cisza wokol, nie widac splawiajacych sie ryb. Przez kolejne dwa dni sytuacja bez zmian, za to goraczka przychodzi falami i sa momenty, że faktycznie czuje sie nie najlepiej, osłabienie, zawroty glowy, dreszcze. Z bólem serca podejmujemy decyzje o przerwaniu wyprawy i wracamy do Conquisy. Wieczorem do obozowiska przypłynął indianin Jesus i jakby nam na złość pokazuje ładnego bagre Amarillo, ok 10 kg. Ciśnienie mi się podniosło, gdzie złapałeś ? pytam. Niedaleko stąd, jakies 5 min. To my sie włuczymy po calej rzece, baranki boże a ryba jest tutaj. Jedna z towarzyszacych Jesusowi indianek przynosi mi pastylkę. Łyknij, źle wygladasz. Łykam pastylke bardziej z grzeczności niz z przekonania. Nie wiem czy pomoże, oby tylko nie zaszkodzila. Zaczynam odczuwac znużenie, zegnam sie z towarzystwem i idę spać.

Cud, istny cud. Rano budze sie z dużo lepszym nastrojem, gorączka znikła, samopoczucie super. Panowie z pojazdu, jedziemy na sumika. W piętnascie minut wszyscy gotowi ruszamy na lowisko. Płyniemy miedzy wyspami na rzece, naraz Gerard szarpie mnie za ramie, Vlad spojrz tam przy bystrzynie, w sloncu mienia sie skaczace rybki, nie pojedyncze a setki. Do brzegu pada haslo. Za chwile jestesmy na wyspie, ja montuje sprzet a Gerard juz czesze wode. Ma pobicie ale nie zacial dobrze I ryba zeszla placzac zestaw. Gerard podniecony ale ze stoickim spokojem rozplatuje plecionke. Ja gotowy ruszam na stanowisko. Wyrzucam lekko woblera i pozwalam mu splynac z prądem jakieś dwadzieścia metrów. Stop, zaczynam prowadzic woblera podszarpujac lekka wędka, kontakt ogłaszam kolegom, zacinam i jest. Po zacięciu natychmiastowy odjazd jakieś trzydzieści metrów, podciągam wędkę do góry, nie ma wyskoku znaczyt nie payara. Idzie wyjątkowo ciężko, ale nie
wygląda na morocoto. Holuje raz ja jego raz on mnie. Trwa to jakies 15 min. Ryba ma przewagę, bo nurt w tym miejscu wyjatkowo bystry. Podciagam jeszcze raz do gory i widac grubasa, bagre amarillo. Powoli podprowadzam rybe do brzegu, pięknie błyszczy w słońcu oliwkowo-zielony wasacz. Zsolt aparat poprosze, krotka sesja fotograficzna, wazenie i z powrotem do wody.Waga 14 kg, wzial na woblera polskiego producenta P. Henia Tyszkiewicza z Kolobrzegu.

Siadam na brzegu, powoli opadają emocje, ale wraca goraczka i dreszcze. Chowam sie w cień, przeczekam, nie chce odbierać im
przyjemności łowienia. Patrze jak obaj wytrwale biczuja wode, ale zadnego pobicia. Naraz slysze podniecony glos Zsolta I widze jak pokazuje Gerardowi rekoma “ taki leb, olbrzymi. Okazalo sie ze chlopaki rzucali woblery dalej a prawie pod samymi nogami wylonil sie z wody leb okazalego suma wciagnal drobnice I przepadl w toni.
Panowie dluzej nie wytrzymam, zbierajmy sie.

WIZYTA W STACJI EPIDEMIOLOGICZNEJ
Buenos dias, co panu dolega ? Mam gorączkę, mdłości, wymioty, majaki. Ok, zaraz pobierzemy próbke krwi do analizy. Mily pracownik stacji naklul mi ucho pobral próbki i kazal poczekac pół godziny na wynik. Czas się dłużył aż po chwili słysz ę, panie Vladimirze prosze. Wiemy juz co jest doc? Pytam. Tak jak sie spodziewalem ma pan odmiane paludismu, wcześniej mial Pan Viva ale teraz jest gorzej to infekcja spowodowana przez pasozyta falcifaro. Jak groźna? Śmiertelna, odpowiada doc. Zimny pot wystąpił mi na czolo. A…jest jakis ratunek ? Pytam już drżącym głosem. Tak odpowiada roześmiany, wczesniej ludzie umierali, ale teraz sa lekarstwa, dwutygodniowa kuracja i po herbacie. Ach ty konowale, sukinsynu, nie mogłeś od tego zacząć , pomyslalem sobie. Mało żeś mnie tyfusie nie przyprawił o zawał serca.
Faktycznie po dwoch tygodniach przyjmowania pastylek notabene gorzkich jak piolun, wyleczony już planowalem nastepny wypad na rybki.
Nie ma nic za darmo Panowie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz